string(5) "tetst" Notice: Undefined property: xipblogSingleModuleFrontControllerOverride::$display_column_left in /usr/home/akapit/domains/akapit-press.pl/public_html/modules/xipblog/controllers/front/main.php on line 30 Notice: Undefined property: xipblogSingleModuleFrontControllerOverride::$display_column_right in /usr/home/akapit/domains/akapit-press.pl/public_html/modules/xipblog/controllers/front/main.php on line 35 Akapit Press Sp. z o.o.

Rozmowa Pani prof. Krystyny Heskiej- Kwaśniewicz z Małgorzatą Musierowicz

Wywiad ukaże się piśmie Guliwer nr 1/2016.

Jeżycjadę można czytać wszędzie i zawsze: w pociągu, w parku i w ciszy swego domu... Rozmowa z Małgorzatą Musierowicz

Z Małgorzatą Musierowicz, autorką Jeżycjady, Hihoptera, Łasucha literackiego, Frywolitek i wielu wspaniałych książek, miłośniczką róż, ilustratorką, osobą o wielu zasługach i wielkim uroku osobistym, rozmawia Krystyna Heska-Kwaśniewicz (prof. zw. dr hab.).

KH-K: Łączy nas wspólna pasja czytania, moc „porozumienia czytelniczego”, o którym tak pięknie mówił pan Borejko. Jeżycjadę można czytać wszędzie i zawsze: w pociągu, w parku i w ciszy swego domu, w smutku i w radości, w każdym okresie życia. A jak Pani sądzi, jaka przestrzeń najlepiej sprzyja czytaniu? Jak wyobraża sobie Pani „swojego” czytelnika – bo to przecież nie może być ktoś, kto nie jest ksiażkolubcą?

MM: Każda przestrzeń sprzyja czytaniu, tak sądzę. Zdarzało mi się czytać nawet przy zmywaniu naczyń (miałam specjalną podpórkę na kranie)! Przekazałam ten system mamie Żakowej – w Szóstej klepce dałam jej do czytania przy zmywaniu Dzień tryfidów, którą to książkę sama właśnie w ten sposób połykałam.

Co do czytelników: wiem, że mam ich najróżniejszych, i to dobrze. Jasne, że miło jest zwracać się do książkolubców, którzy każdą aluzję wychwycą w lot, ale jeszcze milej jest dostawać sygnały od matek, w rodzaju: „Moja córka nie lubiła czytać, trzeba ją było zmuszać na siłę, aż trafiła na Jeżycjadę – i wsiąkła! Złapała bakcyla!”. To jest największa satysfakcja: stworzyć coś tak apetycznego, żeby nawet największe niejadki dały się skusić!

Dom rodzinny, dzieciństwo i dom jako miejsce na ziemi

KH-K: Dzieciństwo jest takim okresem w życiu, które rzeźbi i projektuje nasze wszystkie lata. W Pani książkach, w biografiach bohaterów jest wiele momentów, tak istotnych, tak ważnych dla kształtu całego życia, że każą sądzić, że za nimi stoi jakieś autentyczne przeżycie. Czy może nam Pani zdradzić, które z przeżyć dzieciństwa przeniknęło do pisarstwa ?

MM: Zapewne całe dzieciństwo i cała młodość nieuchronnie przenikają do tego, co autorzy ostatecznie piszą. Tak też było i ze mną. Urodziłam się w styczniu 1945 roku i tylko dzięki łasce boskiej oraz dzięki wysiłkom całej kochającej i wspierającej się rodziny zdołałam jako osesek przetrwać ciężkie bombardowanie Poznania i ofensywę wojsk sowieckich prących na Zachód. Były to czasy i wydarzenia tak dramatyczne, czasem tragiczne, a przy tym tak obfite w emocje, że stały się potem treścią wielu domowych opowieści (a mieliśmy w rodzinie wspaniałych, natchnionych i dowcipnych gawędziarzy!). Pewnie też te wojenne (i przedwojenne) historie, niezwykle barwne, epickie, szczegółowe i emocjonalne, przekazywane przez ludzi dobrych, mądrych i kochających, uformowały trwale moją wyobraźnię i wybrały za mnie gatunek literacki, w którym czuję się najlepiej: saga rodzinna.

Ale nie znaczy to, że w moich powieściach znaleźć można prawdziwe wydarzenia z życia naszej rodziny. Przeciwnie, staram się nigdy nie pisać o swoich najbliższych. Nie wszystko jest na sprzedaż!

KH-K: Z Kalamburki dowiadujemy się o wileńskich korzeniach Ignacego Borejki. A czy Pani ma jakieś związki rodzinne z Wilnem, jeśli tak – to proszę o nich opowiedzieć.

MM: Tak, mam związki rodzinne z Wilnem – wyszłam mianowicie za kolegę ze studiów, Bolka Musierowicza, którego ojciec był przed wojną leśnikiem w litewskich borach. Sam Bolek – to była z kolei ICH epicka opowieść rodzinna! – urodził się w roku 1941 w zajętym przez Niemców pałacu Kleofasa Ogińskiego w Niemieży pod Wilnem. W pałacowych piwnicach było schronisko Czerwonego Krzyża.

I tu ciekawa historia: dostałam od Czesława Miłosza (który, powróciwszy do kraju, bardzo lubił czytywać do poduszki Jeżycjadę) specjalnie zrobiony wypis z jego starego przewodnika Okolice Wilna (wyd. 1925). Dowiedziałam się tym sposobem, że w odległości 16 km od tego miasta leży majątek Borejkowszczyzna. Przebywał tam zresztą aż do śmierci Władysław Syrokomla, wydalony z Wilna przez władze carskie za udział w konspiracji.

Czesław Miłosz żądał w liście, bym po zapoznaniu się z nadesłanym mi materiałem koniecznie uwzględniła w dalszych tomach Jeżycjady korzenie litewskie Borejków. Wzięłam się więc posłusznie do roboty i odkryłam z najwyższym zaskoczeniem, że tuż obok Borejkowszczyzny znajduje się, otoczony parkiem, pałac w Niemieży!

A więc mój przyszły mąż pojawił się na świecie akurat w sąsiedztwie rodzinnego gniazda Borejków!

Dlaczego dałam moim bohaterom to właśnie nazwisko? Jakie to dziwne. To prawda, miałam w Poznaniu niezwykle miłych sąsiadów – Borejków, i to właśnie przybyłych z Wilna, wywodzących się w prostej linii z tej zasłużonej, historycznej rodziny. Tak czy inaczej jednak – związki są. I to jakie! Zasadnicze!

KH-K: W całej Pani twórczości wielką rolę odgrywają książki, Borejkowie to zapaleni czytelnicy. Zapewne czytelnictwo to „przypadłość”, którą wyniosła Pani z domu rodzinnego; która z dziecięcych książek wywarła na Pani największe wrażenie, a może któraś stała się „książką życia”?

MM: Rzeczywiście, nasz rodzinny dom (mieszkanie w poznańskim bloku) pełen był książek, rodzicielskich i dziecięcych. Brat i ja każdy grosz wydawaliśmy jak maniacy na książki właśnie. Narosły ich w domu nieprawdopodobne ilości. Każdy gromadził swoje! Były jednak i wspólne zasoby. Kiedy założyliśmy – Staś i ja – własne rodziny (a stało się to w tym samym roku, 1968), nastąpiły iście rozdzierające, bolesne i gwałtowne sceny, bo trzeba było podzielić nasze skarby na dwoje.

Trudno mi mówić o jakichś wyjątkowo ulubionych książkach. Prawdziwy łasuch wszystko lubi! I w pewnym sensie każda przeczytana książka (byle dobra!) staje się dla kogoś takiego kolejnym krokiem w ten niesłychany, cudowny, odrębny świat kreowany przez myśl i słowo. W dzieciństwie, młodości, a nawet w latach dojrzałych, budujemy w ten sposób siebie samych. Teraz, już „zbudowana” na dobre, nadal z lubością znikam w tej czarodziejskiej przestrzeni, która jest wciąż pełna radości i mądrości. Dowiedziałam się też niedawno, po śmierci Mamy i Brata, że dzięki książkom można też poradzić sobie nawet z największym bólem i żałobą.

Ale, co najważniejsze, czytanie jest przede wszystkim długą, nieustającą rozmową z ludźmi wielkiego ducha, którzy co prawda fizycznie odeszli, lecz przecież pozostawili po sobie na zawsze zapis tego, co najcenniejsze. Księgozbiory to iście bajeczne sezamy, pełne nieprzebranych bogactw!

Właściwie moim jedynym prawdziwym majątkiem jest ogromna biblioteka domowa. Niewiele mam poza książkami (bo też niewiele by się zmieściło!), i to mi całkowicie wystarcza.

KH-K: Parę razy we Frywolitkach z wielkim sentymentem wspominała Pani harcerstwo, Poznań ma piękne harcerskie tradycje. A jakie było Pani harcerstwo? Proszę o nim opowiedzieć.

MM: Trafiłam do ZHP już po roku 1956, po przełomie październikowym. Reaktywowano wtedy dawne dobre zasady i można było nawiązać do tradycji Szarych Szeregów. Nasze drużynowe ze wzruszeniem opowiadały nam o harcerzach w Powstaniu Warszawskim – wtedy zdawało mi się ono odległym fragmentem Historii, choć w istocie zakończyło się rok przed moim urodzeniem!

Należałam do V Hufca Poznańskiego (drużyna „Pasieka”) i chociaż z natury jestem niezależna, a wszelki przymus budzi we mnie instynktowny opór, to przecież w harcerskiej dyscyplinie odnalazłam coś ujmującego i konstruktywnego. Wiele zawdzięczam tej twardej szkole panowania nad sobą i nad trudnymi warunkami. Coś mi się zdaje, że to przede wszystkim harcerstwo zrobiło ze mnie człowieka.

KH-K: Melchior Wańkowicz mówił o sobie, że jest domofilem – miłośnikiem domu – wszędzie, gdzie go rzuci los, buduje domy. Pani też jest chyba taką osobą. Jak Pani sądzi, co musi zaistnieć, by mieszkanie stało się domem?

MM: Przede wszystkim jestem wierną i gorliwą czytelniczką Wańkowicza, a jego przejmujące Ziele na kraterze uważam za arcydzieło polskiej literatury. Tak, jestem, jak on, miłośniczką domu. W Polsce od wielu pokoleń prawdziwy dom rodzinny jest miejscem ukochanym, przestrzenią wolności i porozumienia, w której tak dobrze czuje się myśl i dusza, niezależnie od tego, jakie demony szaleją na zewnątrz. Nie jest jednak ten dom niedostępną, zamkniętą na głucho twierdzą, raczej jest to dobre gniazdo, które wychowuje, które też każdego przygarnie, nakarmi, pocieszy i wypuści w świat silniejszego.

Tak właśnie, jak „Domeczek” Wańkowiczów.

KH-K: Ukochane Pani kwiaty to róże, dlaczego? A ukochany krajobraz – góry czy morze? A ukochana rzeka ? Czy może Pani jakoś wytłumaczyć te wybory?

MM: Róże są po prostu doskonale piękne. I mają cudownie dumne miny!

Ale lubię wszystkie kwiaty i wszystkimi się cieszę. Wielkie rozarium założyłam w swoim ogrodzie kwiatowym właściwie dlatego, że poczułam się wyzwana. Mówiono, że to najtrudniejszy w uprawie kwiat i że nie dam rady. Podobne twierdzenia natychmiast budzą we mnie ducha przekory i rzucam się do udowadniania samej sobie, że POTRAFIĘ. To chyba też pozostałość po ćwiczeniu charakteru w ZHP.

Właśnie zdałam sobie sprawę, że mój ulubiony krajobraz – jezioro w lesie – też musi mieć związek z przeżyciami na harcerskim obozie. Po raz pierwszy w życiu ja, dwunastoletni mieszczuch, spałam wtedy poza domem, w głuszy, pod sosnami, pod księżycem, nad samą wodą, wśród ptaków i zwierząt. Co mówię – NIE spałam, aż do świtu! Z wrażenia! Byłam jak zaczarowana. Zakochałam się w przyrodzie.

KH-K: Co Pani z upodobaniem czyta z literatury współczesnej. Polskiej? Obcej?

MM: Ależ WSZYSTKO! O, poprawka: wszystko, co dobre. Na marne książki nie mam czasu. Jestem dosyć radykalna w tym względzie.

KH-K: Jak wyglądał proces dojrzewania do decyzji wyprowadzki z miasta na wieś; potem wyprowadzili się bohaterowie i okazało się, że państwo Borejkowie czują się dobrze wszędzie tam, gdzie są książki, czy z Panią jest podobnie?

MM: Podobnie. Zresztą, nie był to żaden proces, żadna też trudna decyzja, do której trzeba dojrzewać. W gruncie rzeczy już od lat siedemdziesiątych, kiedy to kupiliśmy na wsi kawałeczek ziemi w pobliżu lasu, pomieszkiwaliśmy tam, kiedy tylko się dało, najpierw w małej budce, po latach już we własnym domu, w większym ogrodzie. W Poznaniu wykształciliśmy jeszcze tylko najmłodsze z naszych czworga dzieci – i już mogliśmy zniknąć na dobre w ulubionej zieleni. Problem był tylko jeden: jak przetransportować nasz dobytek, czyli wszystkie książki?! Ale kiedy tylko to zrobiliśmy, kiedy zamówiliśmy mnóstwo nowych, specjalnych regałów, kiedy wreszcie biblioteka się rozpakowała i rozgościła na nowym miejscu – przeprowadzka stała się faktem dokonanym. I już się stąd nie ruszymy, książki i my.

Jeżycjada…

KH-K: Bohaterowie Jeżycjady układają się w pary: Ignacy i Ignaś, Mila i Gabrysia, Ida i Józinek, czy to świadomy zamysł autorski, czy potwierdzenie teorii dziedziczenia, a może przypadek?

MM: No, więcej byłoby tych par i tych związków. Zamysłem autorskim jest ukazanie, że rodzina dobra to ta, która trzyma się mocno, która ze sobą gada, współpracuje, spiera się i wybacza, a wszystko z dobrą wolą i szlachetną postawą.

KH-K: Co decyduje o szczęśliwym lub nie rozwoju „wypadków miłosnych”?

MM: W gruncie rzeczy – nie wiem! Zabawna rzecz, przed pisaniem układam sobie zwykle plan szczegółowy. To zwyczaj wyniesiony jeszcze z czasów, kiedy trzeba było przedstawić tzw. konspekt, żeby podpisać umowę. Otóż – zawsze jest on u mnie bardzo dopracowany, jednak już podczas dalszej pracy nad książką obserwuję rosnącą autonomię moich bohaterów – odchodzą oni beztrosko od moich zamiarów, brykają i postępują tak, jak im ich charakter oraz własna wola każe. Doprowadzają mnie zgrabnie do happy endu, ale ja im potem robię psikusa i w następnej książce przewracam do góry nogami to szczęśliwe zakończenie, po czym wymyślam nowe komplikacje. I tak to się kręci.

Muszę przyznać, że to pyszna zabawa!

KH-K: Czemu pan Ignacy najbardziej kocha Senekę? A nie na przykład Platona czy Arystotelesa?

MM: Pewnie dlatego, że ja czytuję Myśli Seneki od niepamiętnych czasów. Czuję się jego uczennicą. A, co bardzo mnie cieszy, przysporzyłam mu już wiele nowych uczennic – i uczniów!

KH-K: Czy akcja Jeżycjady wróci jeszcze do miasta ? Czy już wszystkie kolejne tomy będą antyurbanistyczne?

W gruncie rzeczy ani akcja Jeżycjady, ani też Borejkowie nie opuścili miasta na dobre – oni poszerzyli tylko obszar, na którym działają i żyją. Starsi usunęli się z pierwszego planu, żeby młodzi mieli przestrzeń do rozwoju. W mieszkaniu przy Roosevelta panowałby stanowczo zbyt wielki ścisk, gdyby się wszyscy troszkę nie poprzesuwali.

KH-K: Dlaczego ukochana przez Panią najbardziej jest wiewiórka? Czy pojawi się w końcu w Jeżycjadzie pies, bo w życiu już się pojawił? Jeśli tak, to bardzo proszę, by to był jamnik. Generalnie odczuwam brak zwierząt w Jeżycjadzie.

MM: Są przecież zwierzęta w wiejskim domu Patrycji – tak jak są teraz i w naszym. Zawsze uważaliśmy, że mieszkając w centrum starych Jeżyc, w starej kamienicy, w miejskim hałasie i zaduchu, bez kawałka choćby podwórka czy parku, nie mamy prawa męczyć podobnie „naszych młodszych braci”(jak ich nazywał Jesienin). Teraz, tkwiąc w przyrodzie, mamy ich pod dostatkiem, mamy nawet swoje zaprzyjaźnione wiewiórki (to jedne z najbardziej uroczych zwierzątek! – i nie wiem, dlaczego tak je lubię!). Ale jakoś nie mam wielkiej ochoty na obszerniejsze opisywanie zwierząt – całkowicie pochłania mnie przebogaty, skomplikowany świat ludzkich myśli, emocji i związków. To sprawy ludzi są najciekawsze! I ludzie są najciekawsi! Jeżycjada rozrosła się przez tych 40 lat, przybyło nowych bohaterów, dawni rozwijają się i rosną, zagarniają coraz to nowe obszary i obrastają w nowe znajomości. Muszę porządkować ten świat i dbać sprawiedliwie o wszystkich. Zwierzęta, siłą rzeczy, przesuwają się tylko w tle – jak w życiu.

KH-K: Powszechnie odczuwany dzisiaj problem to emigracja zarobkowa młodych dobrze wykształconych osób. Czy Borejków nie dotknie ta przypadłość? Czy pojawi się choćby jako znak zapytania? To zbyt ważny znak czasów, by mógł ominąć Poznań i okolice.

MM: Ten problem już się w Jeżycjadzie pojawił, bo rzeczywiście trudno byłoby go nie zauważyć. To nie jest zresztą tylko emigracja zarobkowa. To szukanie miejsca, gdzie można by rozwinąć skrzydła, pokazać swoje możliwości, znaleźć pracę interesującą i godną siebie. Wspaniale, że młode pokolenie ma dzisiaj takie możliwości. Szkoda, że tak trudno o nie w ojczyźnie.

… i okolice

KH-K: Dlaczego nie ma kolejnego tomu Frywolitek? To były takie piękne eseje o czytaniu – osobiście za nimi tęsknię.

MM: Bardzo dziękuję za miłe słowa! Trochę za mało mam już czasu na felietony. Wydawca żąda ode mnie nowych tomów Jeżycjady, bardzo mnie ta praca wciąga – i pochłania!

KH-K: Czy wrócą jeszcze kiedyś bohaterowie z Hihoptera? To była taka wartościowa seria, pełna niezwykle cennych obserwacji, o podwójnym adresacie – dziecięcym i dorosłym.

MM: I tu także dziękuję – za docenienie „poczytajek” tak lubianych przez małych czytelników. Starałam się rzeczywiście ze wszystkich sił, a obserwacje mogłam czynić „na żywo” – miałam wtedy małe dzieci. Być może czas na przyjrzenie się teraz sprawom wnuków?

KH-K: Dlaczego nie wyda Pani swojego „blogu” prowadzonego na „stronie oficjalnej Małgorzaty Musierowicz”? Jest tak piękny, dynamiczny – to świetna literatura, ale i doskonały dialog z czytelnikami. Czasem jest liryczny, gdy koty miauczą swe godowe pieśni „Porzućmy dzisiaj miauczenia i skargi / Słowa miłości / cisną się na wargi!” – choć jako psiara napisałabym hauczenia. A strona graficzna! Toż to cudo. Ten „blog” – to jest dopiero radość czytania!

MM: O, nie wiem, czy w formie książkowej blog ten, z tysiącami towarzyszących mu komentarzy ze wszystkich stron świata, byłby równie udanym przedsięwzięciem. To specyficzna forma, internetowy kontakt jest zupełnie wyjątkowy, a cała jego uroda zawiera się w natychmiastowości, w ulotności i żywiołowości. Na szczęście i tutaj scripta manent, zwłaszcza że naprawdę wszystko można zarchiwizować i potem na nowo przywołać do życia.

KH-K: Kiedy będzie wielkanocna książka kucharska? Ta na Boże Narodzenie była dużym wydarzeniem wydawniczym. Już nikt tak nie pisze o jedzeniu – jako o uczcie, o spożywaniu. Było w niej coś, co uczulało na kulturowy aspekt wspólnego jedzenia. A przepisy! Bigos prababci B. całkowicie uwiódł moją rodzinę. Wielkanoc też zasługuje na taką książkę!

MM: I w końcu pewnie będzie ją miała. Ukaże się też zapowiadana od dawna książka Silva Rerum, mająca być czymś w rodzaju podsumowania, takiej jeżycjadowej encyklopedii wraz z kompletem różnych, nagromadzonych już, stosownych anegdotek. Ale żeby móc ją podsumować, najpierw muszę tę Jeżycjadę zakończyć. Chciałam to już zrobić przynajmniej dwukrotnie, ale czytelnicy nie pozwalają, domagają się nowych tomów, a wydawca wobec tego również! W związku z tym nie umiem określić, kiedy ten koniec nastąpi, a tym samym – kiedy zabiorę się za dwie zaległe, obiecane pozycje. Życie jest jednym długim pasmem niespodzianek!

KH-K: Do swojej twórczości (swojej i Bolesława Musierowicza) proszę dopisać jako dzieło oryginalne i osobne panią Emilię Kiereś – to piękna opowieść o Miłości, Macierzyństwie i nieustającym wzroście. Czy jest Pani świadoma wielkiego talentu swojej Córki? Czy to Panią wzrusza?

MM: O tak. Trafiła Pani Profesor w sedno. To mnie wzrusza. Wzrusza, cieszy i zachwyca. Jestem dumna z całej czwórki naszych wspaniałych dzieci – każde z nich w pewnym sensie osiągnęło pełnię! Ale piękne książki, które pisze Emilia, są dla mnie szczególnie ważne. Od początku zdradzała wyraźny talent pisarski, ma niezwykły dar i wyczucie słowa, lecz to, czego dokonała z tym darem, jest zasługą jej mądrości, odwagi i pracowitości, charakteru i serca. Bez nich, rzecz to wiadoma, talent, nawet wielki, łatwo się marnuje.

KH-K: Teraz marzymy o Ciotce Zgryzotce, przecież każdy miał taką ciotkę i każdy jest taką ciotką! Kiedy otrzymamy ciotkę literacką?

MM: Jak zwykle nie chcę obiecywać na wyrost. Dobrze byłoby trafić ze Zgryzotką na jesień – to jest właśnie pora akcji tej powieści. Ale zobaczymy, jak się to uda.

KH-K: Dziękuję za rozmowę i życzę nieustającej weny twórczej.

MM: A ja dziękuję Pani Profesor za nieustającą życzliwość i zachętę! Miło się pisze dla takiej Czytelniczki!

Nastepne wydarzenie >