string(5) "tetst" Notice: Undefined property: xipblogSingleModuleFrontControllerOverride::$display_column_left in /usr/home/akapit/domains/akapit-press.pl/public_html/modules/xipblog/controllers/front/main.php on line 30 Notice: Undefined property: xipblogSingleModuleFrontControllerOverride::$display_column_right in /usr/home/akapit/domains/akapit-press.pl/public_html/modules/xipblog/controllers/front/main.php on line 35 Akapit Press Sp. z o.o.

Sergiusz Pinkwart spotkał się z czytelnikami swoich książek w Hiszpanii!

Sergiusz Pinkwart – autor książek dla dzieci, dziennikarz, muzyk i podróżnik odwiedził niedawno czytelników swoich książek w Madrycie! Sześć warsztatów literacko-dziennikarskich z uczniami polskich szkół w Madrycie, Segovii i Alcala de Henares. I to zaledwie w 24h!

Zapraszamy do przeczytania artykułu-wspomnienia z tej niezwykłej podróży:

"Książka, która zmienia życie"

Pięćdziesiąt pustych krzeseł na sali widowiskowej w szkole SPK przy Ambasadzie RP w Madrycie powoli pogrążało się w mroku. Do rozpoczęcia spotkania pozostało już tylko piętnaście minut. Z twarzy pani Małgorzaty Kierzkowskiej, prezes Stowarzyszenia Orzeł Biały, próbuję wyczytać, czy już powinienem wpadać w panikę, czy może jednak jeszcze z tym chwilę poczekać. Albo ona jest doskonałą aktorką, albo rzeczywiście wszystko jest w porządku i niepotrzebnie się denerwuję. Kolejny raz spoglądam na zegarek. 17:20. No dobrze. Czy mogę już wpadać w panikę?

Gdy niemal rok temu odebrałem telefon z zaproszeniem do Hiszpanii na warsztaty literackie, obiecywałem sobie dłuższy przyjazd do kraju Cervantesa. Zwiedzanie zabytków, wizyty w galeriach i spokojne kontemplowanie kastylijskiej wiosny. Ale Małgosia („w Hiszpanii skracamy dystans – pani prezes poinformowała mnie podczas drugiej rozmowy telefonicznej na pół roku przed przyjazdem – dlatego mówmy sobie po imieniu”) nie pozostawiła mi złudzeń. Zamiast jednego spotkania z młodzieżą – będzie sześć. Bo zapisało się już 300 dzieci. Więcej spotkań nie damy rady w tym czasie zorganizować, bo tak jak wszędzie poza Polską, narodowe szkoły mogą działać jedynie w weekendy. W tygodniu uczniowie z Madrytu, Segovii i Alcala de Henares mają zajęcia w szkołach hiszpańskich. Na naukę polskiego pozostaje sobota. To oczywiście nikomu by nie wystarczyło, bo poznanie języka rodziców i dziadków wymaga znacznie więcej czasu i wysiłku. Dlatego, żeby rozwijać zasób słów, poruszać pewniej w naszym kręgu kulturowym, a wreszcie czerpać radość z bogactwa wieloznacznych słów i związków frazeologicznych – trzeba na co dzień czytać książki.

I to było moje podstawowe zadanie, które postawiłem sobie kilka lat temu, gdy zacząłem cykl warsztatów z polskimi dziećmi rozsianymi po świecie: sprawić, by czytanie po polsku było jak oddychanie – naturalnym odruchem bezwarunkowym. W tym celu napisaliśmy z Magdą, moją żoną, dziennikarką (z zawodu) i polonistką (z wykształcenia) – serię książek o przygodach Drakulcia, małego sympatycznego urwisa, który wraz z rodziną i przyjaciółmi pakuje się w najróżniejsze kłopoty, poznając przy okazji świat.

17:25. Pięć minut do rozpoczęcia warsztatów. Otwierają się drzwi do sali widowiskowej i wpada roześmiana gromada dzieciaków. Oddycham z ulgą. Na szczęście strajk generalny w Madrycie nie popsuł nam szyków. Wszyscy zajmują miejsca i na sali zapada cisza. Jestem trochę zaskoczony, bo spodziewałem się trudnej do opanowania gromady indywidualistów przesiąkniętych typowym dla południa Europy duchem niesubordynacji. Tymczasem mogę odłożyć mikrofon – nie będzie mi potrzebny, i zacząć rozmowę – tak jak mi podpowiedziała pół roku wcześniej Małgosia Kierzkowska – od skrócenia dystansu.

Chwilę mówię o mojej drodze. Pochodzę z małego miasteczka na południu Polski i po przyjeździe do szkoły w Warszawie musiałem nauczyć się żyć w kompletnie nowym środowisku. Oni też, po przyjeździe do Polski, mogą czuć się trochę obco. Niepostrzeżenie przechodzę do warsztatów. To nie ma być „wykład”, podczas którego prelegent wygłasza swoje tezy, a audytorium w milczeniu słucha.

Biorę do ręki książkę. Przygody Drakulcia są pretekstem do tworzenia własnych historii. Pokazuję, na moim przykładzie, jak tworzyć literackich bohaterów z okruchów przeżyć, radości, zmartwień, fascynacji, a nawet kompleksów.

Półtorej godziny mija błyskawicznie. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i – najprzyjemniejsza dla pisarza część spotkania – wpisywanie dedykacji na książkach.

Szybka kawa i już trzeba wracać na salę, bo na krzesłach siedzi grupa młodzieży ze starszych klas.

– Wiesz, mamy w programie Kapuścińskiego, więc jeśli powiesz coś o reportażu, to byłoby dobrze. – Szepcze mi tuż przed rozpoczęciem pani polonistka.

Dla mnie to doskonała wiadomość. Gdy byłem w wieku mojego obecnego audytorium, większość informacji o świecie czerpałem właśnie z książek autora „Szachinszacha”. Starsi uczniowie są bardziej powściągliwi od swoich młodszych kolegów. Trzeba nieco więcej czasu, by zaczęli mówić swobodnie. Ale można poruszyć więcej ważnych tematów. Rozmawiamy o Facebooku, blogach internetowych, dziennikarskich sposobach rozpoznawania fake newsów i weryfikacji faktów. Podpowiadam, jak w kilku prostych krokach poprawić sposób pisania wypracowań. Na koniec odpowiadam na serię pytań o życie pisarza. Za oknem zmierzcha. A ja jeszcze nie widziałem Madrytu.

Jedziemy metrem do centrum, gdzie spotykamy się z siedemnastoletnią córką Małgosi, która wraca z kobiecej, „ósmomarcowej” demonstracji. Nad kanapką z kalmarami pytam ją o powody strajku. Czy parlament wprowadził jakieś niekorzystne dla kobiet rozwiązania? Rząd chce zaostrzyć jakąś ustawę?

Nastolatka patrzy na mnie zdziwiona i tłumaczy, jak dziecku: kobiety muszą walczyć o równouprawnienie. O równe płace i szacunek. Hiszpania, choć od czterdziestu lat poczyniła ogromne kroki w tym kierunku, wciąż jest „krajem mężczyzn”.

Wieczór kończy się szybko, bo jutro o 10.00 spotkanie z dzieciakami z Polskiej Szkoły Forum im. Marii Skłodowskiej Curie w Madrycie. Mają też dojechać uczniowie z Sobotniej Szkoły Polskiej w Segovii działającej przy Stowarzyszeniu im. Karola Wojtyły .

Tym razem to ja wchodzę ostatni. Nie lubię takich sytuacji, ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że i tak jestem sporo przed czasem. Widzę, że niektóre dzieci mają już w rękach książki „Drakulcia”, które przyniosły z domu. To dla pisarza ogromna satysfakcja. Już czuję, że atmosfera będzie gorąca i dyskusja żywa. Jak zwykle – spontaniczna i pomysłowa grupa 10-latków kontrastuje z poważnymi licealistami. Z „maluchami” sporo się śmiejemy, mnożymy pomysły na przygody do opisania. A potem odpowiadam na grad pytań:

– Czy jest książka, która zmieniła twoje życie?

– Jak długo piszesz powieść?

– W jakim najciekawszym miejscu byłeś?

– Ile masz lat?

– Co ostatnio czytałeś?

– Co czytałeś, jak byłeś w moim wieku?

Mówimy sobie na „ty”. Już się do tego przyzwyczaiłem. Dzieciaki po spotkaniu spontanicznie podchodzą, proszą o wspólne zdjęcia. Zachodzę w głowę po co im fotografia z pisarzem starszym od nich o ponad trzydzieści lat. Ale chyba to po prostu wyraz sympatii. Chcą mi okazać, że im się nasza rozmowa podobała.

Znów podpisuję książki dla uczniów i dla szkolnych bibliotek. Rozmowy z przemiłymi i gościnnymi nauczycielkami się przedłużają. Mamy sporo tematów. Książki i literatura, życie na emigracji, pasje podróżnicze… Widzę, jak opiekująca się mną pani prezes Stowarzyszenia Orzeł Biały, nerwowo zerka na wyświetlacz komórki. Musimy zdążyć na kolejne spotkanie do Alcala de Henares. Chciałem się jeszcze przespacerować po rozświetlonych słońcem, pachnących rozkwitającymi drzewami owocowymi, ulicach miasteczka Cervantesa. A to już trzeba szybko wsiadać do taksówki i gnać autostradą, bo o 16.00 zaczyna się spotkanie z uczniami szkół polskich im. Czesława Miłosza w Alcala de Henares, św. Jana Pawła II z Torrejon de Ardoz i Polonica z Alcala de Henares.

Dojeżdżamy spóźnieni dwie minuty. Wpadam na salę jak bomba i odkładając przeprosiny na później, od razu przechodzę do sedna. Czytamy „Drakulcia”, staram się tłumaczyć zwroty i słowa, które dla ośmiolatka wychowanego w Polsce są oczywiste, ale dzieciom z naszej diaspory, mogą sprawiać trudność. Rozumiem to doskonale, bo wychowujemy z żoną naszego pięcioletniego syna w północnej Anglii i widzę jak ubożeje ojczysty język, używany tylko w domu, w gronie rodzinnym. Tym ważniejsze jest czytanie. Bo przy odrobinie wprawy znaczną część nieznanych słów można zrozumieć z kontekstu. Warto gimnastykować mózg. Dwujęzyczność potrafi być prawdziwym cudem. Wciągam dzieci w dłuższe, kilkuzdaniowe rozmowy i gratuluję nauczycielkom i rodzicom. Wiem, ile wysiłku trzeba włożyć, by dziecko, które przez znaczną część dnia myśli i mówi w obcym języku, wypowiadało prawidłowo trudne polskie słowa i torowało sobie drogę przez pułapki naszej słowiańskiej gramatyki. Tymczasem dzieciaki s polskich szkół w Hiszpanii radzą sobie z tym dużo lepiej, niż ich rówieśnicy na Wyspach Brytyjskich. Może to też zasługa zbliżonej wymowy? Angielski i polski są na dwóch odmiennych biegunach. Hiszpański – mimo swej całej odmienności – jednak brzmi dużo przystępniej.

– A kiedy będzie drugie wydanie „Cienia Kilimandżaro”? – strzela do mnie podczas spotkania błyskotliwy osiemnastolatek. – Nigdzie nie mogłem kupić twojej pierwszej powieści!

– Och, jakby to powiedzieć…

Autor niekiedy musi przyjąć ciosy przeznaczone dla wydawcy.

– Kiedy napiszesz coś o Hiszpanii?

– Może jakaś nowa książka dla dorosłych?

– Przyjedziesz jeszcze do nas?

Nad miastem Cervantesa zachodzi słońce.

Oczywiście, że jeszcze przyjadę. Tylko muszę napisać książkę, którą wam nieopatrznie obiecałem.

P.S.: Chcę podziękować wspaniałym kobietom: dyr. Małgorzacie Malasnickiej (SPK), dyr. Katarzynie Ostrówce i Marcie Ozdze (Forum), dyr. Katarzynie Bracisiewicz (Stowarzyszenie im. Karola Wojtyły w Segovii), pani prezes stowarzyszenia Polonica, Agnieszce Tokarz Gomez i dyr. Justynie Matysiak. A przede wszystkim prezes Stowarzyszenia Orzeł Biały Małgorzacie Kierzkowskiej, bez której energii nic by się nie udało.

Jesteście, drogie panie, wspaniałe!

Sergiusz Pinkwart

      

  

< Poprzednie wydarzenie